wtorek, 3 lipca 2018

2. Rodzina po zmroku

- Co ty tutaj, do cholery, robisz?
Najważniejsze pytanie zawisło w powietrzu. Jason, zamiast odpowiedzieć, wyciągnął się na krześle i odchylił do tyłu, bujając się przez kilka chwil. Dick stukał niecierpliwie palcami o blat.
Obok nich pojawiła się Starfire i podała Nightwingowi nową kawę. Dolała do niej sporą ilość mleka, a Dick spojrzał na napój krytycznym wzrokiem.
- Kawa z mlekiem jest dla bab - zadrwił Todd, balansując na dwóch nogach krzesła.
- Sam jesteś baba. Odpowiedz na pytanie.
Jason wzruszył ramionami i gwałtownie usiadł prosto, gdy krzesło nagle przechyliło się za bardzo do tyłu. Starfire patrzyła to na jednego, to na drugiego, nie wiedząc, co zrobić. Odkąd tych dwoje rozmawiało, reszta trzymała się z daleka, szanując prywatność Nightwinga. Dziewczyny poszły popływać w basenie, chłopcy zaszyli się za murem obronnym w pokoju Bestii z grami wideo i paczką popcornu. Raven udawała, że medytuje przy oknie, potajemnie przysłuchując się rozmowie.
Wtajemniczona Kori nie widziała powodu, by uciekać. Rozpoznała nazwisko, wiedziała kim był dla Dicka ten mężczyzna.
Richard podziękował za kawę i skinął głową, a ona posłusznie odeszła do kuchni, by podjadać zrobione chwilę wcześniej grzanki.
- Jakbym miał wybór, nigdy bym się nie zapuścił na to zadupie - warknął Todd. - Masz mi oddać kasę za pociąg.
- Przyjechałeś pociągiem? - Nightwing się zakrztusił. Podobno cała komunikacja miejska stała od dwóch dni. - I od kiedy ty się kogoś słuchasz?
- Od kiedy ty, łkając o niespełnionej miłości i lojalności wobec twoich tęczowych przyjaciół, uciekłeś od Mrocznego Rycerzyka z płaczem, aż do tej zapyziałej dziury i zostawiłeś mnie na pastwę jego nowego bachora, którego - nawiasem mówiąc - mam ochotę zasztyletować coraz częściej. Więc jak tylko przestanie padać, ubiorę twój tyłek w ten gejowski sweter i zawiozę prosto do Gotham, żebyś mógł zmusić Bruce'a do oddania młodego z powrotem Talii, bo inaczej nie ręczę za siebie. Ani za moją spathę w plecaku.
Po słowach Red Hooda zapadło milczenie. Dick oniemiał na długą chwilę, zanim dotarł do niego sens słów Todda.
Czasami Grayson miał ochotę znienawidzić Todda. Naprawdę. I w przeszłości zdarzało się ku temu wiele powodów. Jak tamta sprawa w Blüdhaven, gdy Jason postanowił zabawić się w mieście Dicka jako nowy Nightwing. Był arogancki, bezwzględny i deptał po wszystkich zasadach, jakich trzymał się Grayson.
Był jednak jego młodszym bratem, nawet jeśli oboje czasem udawali, że jest inaczej. Nightwing miał dużo czasu, aby poznać Jasona i wiedzieć, kiedy za fasadą ignoranckiej gadki kryło się ukryte dno.
- Jeśli chcesz, żebym wrócił do Gotham - odezwał się w końcu. - wystarczyło poprosić. Wiesz, że zawsze wam pomogę.
Brwi Jasona powędrowały w górę i zaraz wybuchnął śmiechem, a Starfire drgnęła, upuszczając nagryzioną grzankę.
Nightwing sięgnął po swój kubek i ze zdziwieniem zorientował się, że był już opróżniony do połowy. Nawet nie zauważył, kiedy to się stało.
- Jason! Zamierzałem to wypić.
Młodszy mężczyzna go zignorował.

***

Raven zasunęła za sobą drzwi pokoju. Rozmowa zaczęła robić się nieco zbyt osobista i irytująca, gdy bracia zaczęli się wyzywać od narządów płciowych kobiety i części od roweru. Jak dzieci, pomyślała Azarathka, biorąc do ręki grube tomiszcze z zakurzonej półki i otworzyła na stronie, zaznaczonej zakładką. Ułożyła się wygodnie na łóżku, a jednym ruchem ręki zapaliła kolorowe lampki na sztucznym, miniaturowym drzewku.
Kori była przygnębiona nieświąteczną atmosferą w wieży i do każdego pokoju wstawiła mini choinkę. Nawet do łazienki wstawiła dwie świeczki w kształcie drzewka. Raven chciało się wymiotować od tego przymilnego świątecznego nastroju.
Odszukała wzrokiem akapit, przy którym ostatnio skończyła i zaczęła czytać.
Na ziemi przed muzykami leżał otwarty futerał od gitary, w którym błyszczało już dziesięć nabojów, i kiedy wyśpiewujący na całe gardło długowłosy miał w tekście coś wyjątkowo śmiesznego, dołączając do żartu zabawne miny, tłum od razu odpowiadał radosnym chichotem, rozlegały się oklaski, a do futerału leciał kolejny nabój.
Skończyła się-
Rachel przerwała czytanie, poirytowana. Przez drzwi i ściany wyraźnie słyszała ciężkie kroki goniących się po korytarzu przyjaciół. Odłożyła tom obok na kocu, podeszła do drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Przed oczyma śmignęła jej sylwetka Terry, a zaraz za nią Bestii i Cyborga, którzy wykrzykiwali coś podnieceni. Blondynka nie mogła przestać się śmiać, nawet w chwili, gdy ledwo wyrobiła przed zakrętem i otarła się o krawędź ściany. Chłopcy dogonili ją w trzech susach, przepychając się między sobą.
Dom wariatów.
Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, oparła książkę o łydki i pochyliła się nad tekstem. Przyciągnęła do siebie słuchawki i telefon, puściła losową playlistę i ponownie zagłębiła się w fikcyjnym świecie.
Skończyła się piosenka o błąkającym się po tunelach nieboraku i długowłosy oparł się o ścianę, żeby odpocząć, a saksofonista w marynarce od razu zaczął grać jakiś nieznany Artemowi, ale najwyraźniej bardzo popularny tu motyw, bo ludzie przyjęli go brawami i jeszcze kilka "kulek" błysnęło w powietrzu i uderzyło o wytarty, czerwony-
Przerwało jej pukanie, które usłyszała nawet pomimo muzyki. Azarathka ukryła twarz w dłoniach. Przysięgam, że jeśli w tej książce też jest zaklęty jakiś magiczny smok, to powybijam tych półgłówków co do nogi.
Zignorowała walenie do drzwi i zwiększyła głośność muzyki. Mogło się nawet palić, miała to w nosie. Chciała chociaż skończyć rozdział.
-uderzyło o wytarty, czerwony aksamit futerału.
Chan i Tuz rozmawiali o czymś przy najbliższym straganie i nie pośpieszali na razie Artema, który mógłby z pewnością stać tam jeszcze godzinę i słuchać tych pospolitych piosenek, lecz nagle wszystko się skończyło. *
Raven w tamtej chwili żałowała, że u nich nikt nie umiał grać ani śpiewać i musiała się zadowolić brzmieniem basowej gitary i perkusji wyłącznie z telefonu.
W miarę czytania przestała się skupiać na książce i zatraciła się w muzyce. Nawet nie spostrzegła, kiedy jej noga zaczęła delikatnie podrygiwać do tekstu.
And if you don't love me now. You will never love me again. I can still hear you saying. You would never break the chain. Never break the chain~.
Słowa i muzyka urwały się nagle. Roth musiała wyglądać w tamtym momencie wyjątkowo głupio, bo brunet roześmiał się cicho. Podniosła wzrok i ujrzała Nightwinga, który przysiadł obok niej na brzegu łóżka. Dick przyłożył jedną słuchawkę do ucha i przysłuchiwał się muzyce.
- Fleetwood Mac? Kto tego jeszcze słucha?
- Ja - Rachel wyrwała mu słuchawki z ręki i wyłączyła muzykę z telefonu.
Grayson czy nie, bardzo jej się nie podobało, że ktoś śmiał przerwać jej w odpoczynku od reszty świata. Założyła ręce na piersi i rzuciła mu mordercze spojrzenie. Dick zaczął cicho podśpiewywać pod nosem, kompletnie gubiąc się w rytmie i słowach piosenki, która przecież składała się w tylko jednej zwrotki i refrenu. Raven nie pozostało nic innego jak go zignorować i zająć się rozmyślaniem nad swoim własnym ciężkim losem. Musiała pogodzić się z tym, że brunet teraz będzie siedział u niej na łóżku i rozpraszał jej anielską cierpliwość, bo ona była zbyt uprzejma, żeby go wyrzucić za drzwi na zbity pysk.
W czasie krótszym niż pięć sekund jej anielska cierpliwość się skończyła. Od strony okna zawiał mroźny, grudniowy wiatr, mimo iż okna były szczelnie zamknięte. Dick się wzdrygnął.
- O co chodzi? - zapytała Rachel. - Jeśli przyszedłeś tutaj, aby mi poprzeszkadzać, to wybrałeś zły moment.
- Chciałbym cię prosić o przysługę - odparł Dick. Raven odruchowo się wyprostowała. - Zwracam się do ciebie, ponieważ jesteś moją najbardziej zaufaną i oddaną przyjaciółką i tylko ciebie mogę o to prosić.
Rachel wstała i poprawiła zasłony, aby Grayson nie zauważył rumieńca wypływającego na jej bladą twarz.
- Rozmawiałem z Jasonem - ciągnął brunet. Zauważyła, z jaką trudnością wymówił imię brata. - Miał kilka przydatnych informacji, które mogą rzucić nowe światło na parę starych spraw. Od dawna wiedziałem, że Deathstroke wynajął Red Hooda, w tamtym czasie znanego jeszcze jako Red X, aby odwracał naszą uwagę, ale według Todda przy porwaniu pomagała jeszcze inna dziewczyna.
- To wiemy - przerwała mu Rachel. - To była Susan. Zaprowadziła nas wprost w zastawioną pułapkę Ligi, zapomniałeś?
Nightwing wolno pokręcił głową.
- Susan to inna sprawa. Dziewczyna nazywała się Alex. Nikt nie wie, skąd się wzięła, ani kim jest. Po wykonanym zadaniu Slade od razu ją zwolnił, bo podobno były jakieś spięcia między nią, a Susan. Jay... Jason twierdzi, że po tamtym zleceniu widział ją w Jump City jeszcze dwa razy, a potem rozpłynęła się w powietrzu.
- Może Star będzie coś wiedzieć - zaproponowała Raven.
Twarz Dicka wykrzywiła się w grymasie i wydał z siebie jakiś stłumiony dźwięk.
- Nie będę jej o to prosić. Nie chcę jej o tym przypominać, dość już wycierpiała z mojego powodu.
Raven zamilkła, udając, że rozumie. Kori była w domu już dwa tygodnie i bardzo dobrze się trzymała, zważywszy na to, co się wydarzyło. Było to niebywałe i czasami dziwne, w niczym nie przypominała starej Kori, która potrafiła tygodniami rozpamiętywać fakt, że Robin nie uznawał ją za swoją dziewczynę. Raven nie potrafiła sobie wyobrazić, co ją spotkało w Lidze Zabójców, ale skoro nie okazywała żadnych ran na duszy, mogliby przestać traktować kosmitkę jak księżniczkę na ziarnku grochu.
Nightwing nieoczekiwanie przykrył jej dłoń swoją własną, a Rachel poczuła się, jakby poraził ją prąd. Pochylił się do niej.
- Chciałbym cię prosić, abyś poszukała informacji o Alex - powiedział. - To dla mnie bardzo ważne.
Raven zabrała dłoń.
- To tylko chwilowe - dodał pośpiesznie Grayson. - Dopóki się nie ulokuję w nowej pracy. Nie chcę cię obarczać zbyt wielkim ciężarem.
Mogłaby odrzucić prośbę. Odesłać Dicka z kwitkiem, aby radził sobie sam. Mogła też zapytać, dlaczego nie przekazał informacji całej drużynie, tylko jej na osobności.
Zamiast tego się zgodziła. Przez bardzo krótki moment żałowała wypowiedzianych słów, ale tylko dopóki na twarzy Nightwinga nie zajaśniał lekki uśmiech. Mężczyzna poklepał ją po ramieniu, dziękując jej i zapewniając, że jest najlepsza.
Objaśnił jej, gdzie i jak szukać informacji. Raven tylko patrzyła, jak gestykuluje rękoma i przewija różne dziwne strony na swoim telefonie. Nie musiała kiwać głową ani pomrukiwać; wiedział, że słuchała.
Było późno, gdy do niej przyszedł, ale zrobiło się jeszcze później, gdy wychodził. Zanim skończyli rozmawiać, minęła północ. Raven odprowadziła Dicka do samych drzwi. Oboje życzyli sobie dobrej nocy i mężczyzna odszedł korytarzem w swoją stronę.

***

Kiedy Nightwing wrócił do swojego pokoju, ze zdumieniem zastał w nim Starfire i Cyborga. Victor przysiadł na łóżku, Kori przycupnęła na podłodze przy szafie. Oboje niezręcznie spojrzeli na Nightwinga, jakby właśnie im przerwał w rozmowie o nim samym.
- W porządku? - spytała Kori, gdy tylko Dick otrząsnął się ze zdziwienia nagłą wizytą. - Gdzie byłeś?
W jej oczach było widać niepokój. Cyborg, bardziej opanowany, miał obojętny wyraz twarzy, który jednak mówił Nightwingowi, że był zły.
- Rozmawiałeś z Toddem, prawda? - zapytał tonem, który nie potrzebował odpowiedzi. - Kim on jest, czego tu szuka?
Nightwing poczuł się nagle bardzo, bardzo zmęczony.
- A skąd ja mam, do cholery, wiedzieć czego on tu szuka? Bestii zapytaj, on go tu przytargał - warknął.
Kori drgnęła przez ostry ton w głosie Dicka i podciągnęła nogi pod brodę. Brunet spochmurniał na widok jej markotnej miny, ale naprawdę nie miał ochoty teraz ciągnąć tej dyskusji. Otworzył szafę i przebrał się w luźny podkoszulek i czarne spodnie dresowe, nic sobie nie robiąc z obecności członków drużyny. Był w swoim pokoju i mógł robić, co chciał, do jasnej anielki. Miał dość ludzi, którzy bez przerwy patrzyli mu na ręce i mówili, co miał robić.
- Prosiłem was, żebyście się nie wtrącali w moje sprawy - warknął.
Kopniakiem wrzucił brudne ubrania na dno szafy. Zamknął ją i odwrócił się do nich, splatając ręce na piersi. Kori nerwowo bawiła się palcami, jak zawsze, gdy była zestresowana. Vic taksował Nightwinga wzrokiem przez długą chwilę, zanim w końcu się odezwał.
- Rozumiemy to, stary. Serio. Ale nie możesz zawsze otaczać się murem tajemnic, nie wyjaśniając niczego. Przypomnij sobie, dlaczego drużyna się rozpadła.
Dick uderzył pięścią w drzwi szafy, które odskoczyły od framugi. Zatrzasnął je ze złością. Gdyby nie ona, przywaliłby w kogoś innego. Odwrócił się do Cyborga z morderczą furią wypisaną na twarzy.
- Obwiniasz mnie? Mnie?! Znowu?
- Gdybyś nie zgrywał ciągle egoistycznego dupka, nie musiałbym - odparł Victor lodowatym głosem, niewzruszony wybuchem Nightwinga.
- Nie chcę od ciebie słyszeć ani słowa na ten temat! - krzyknął. Zaciskał w całej siły pięści, ledwo panując nad sobą. Część jego mózgu rejestrowała krew spływającą po dłoni, powoli wypływającą z miejsc, gdzie wbijał paznokcie. - A teraz wynoś się stąd, dopóki masz obie ręce w jednym kawałku.
Victor wstał. Gdy stali naprzeciw siebie, wyraźnie było widać różnice we wzroście. Cyborg przewyższał Nightwinga co najmniej o głowę.
- Ja tu dowodzę, a ty jesteś tylko gościem. Nie będziesz mi mówić, co mam...
- Wynoś się! - wrzasnął Richard. Kori poderwała się na nogi, nie mogąc znieść ani słowa więcej. Wzięła przyjaciela za rękę i, stając na palcach, powiedziała Cyborgowi do ucha coś, czego Grayson nie mógł dosłyszeć przez szumiącą w jego głowie krew.
Wyraz twarzy Vica złagodniał odrobinę i pozwolił się kosmitce wyprowadzić z pokoju, która rzuciła ostatnie spojrzenie na Dicka i również wyszła. Drzwi zasunęły się za nią, a Nightwing usiadł na podłodze, czując, że brakuje mu sił, by stać.
Musiał się napić. Najlepiej czegoś mocnego. Zanim zupełnie oszaleje.

*~*~* 

* Stawiam wakacyjnego oneshota każdemu, kto zgadnie, co czytała Raven :3

Pierwszy raz cierpię na potop pomysłów i brak czasu w wakacje. Zwykle jest odwrotnie, heh. Rozpisałam jeden z wątków na kilka/kilkanaście najbliższych rozdziałów i nie mam pojęcia, kiedy ja to napiszę, skoro ciągle gdzieś wyjeżdżam. (ciepłe kraje, przybywam!)
Czy tylko ja uwielbiam, jak Batfamily się sprzecza ze sobą w ten charakterystyczny, rodzinny sposób? 
I będzie więcej Rae, yay! (nie wiem, czy taka wersja Raven wam pasuje)
No i udanych wakacji, nareszcie przyda nam się trochę słońca.

niedziela, 17 czerwca 2018

1. Bestia popełnia samobójstwo

Gdy z dnia na dzień zaczęło robić się coraz chłodniej, Tytani byli zmuszeni sprzątnąć wszystkie sprzęty z dachu i podwórza, by te w nienaruszonym stanie mogły posłużyć w kolejnym roku. Bestia długo płakał nad zraszaczami rozstawionymi na trawniku, dopóki Nightwing boleśnie i stanowczo nie wbił mu do głowy, że zimą może się co najwyżej zabić o zamarzniętą wodę, niż sobie poskakać.
Koniec roku zbliżał się małymi krokami i temperatury spadły o dobre dziesięć stopni w ciągu ostatniego tygodnia. Wokół wyspy utworzyła się warstwa lodu, a Bestia z Terrą niemal codziennie szukali pretekstu, by sprawdzić, czy jest wystarczająco gruby, aby się po nim ślizgać.
Starfire właśnie siedziała wygodnie na poduszce, wpatrując się w śnieżną zawieruchę za ogromną szybą w salonie. Było kompletnie ciemno i nic nie mogła dostrzec, ale wyraźnie widziała wirujące na wietrze białe płatki.
Raven ze swoją zwyczajową miną klęczała tuż przy niej, owijając ciało Tamaranki świeżymi bandażami. Nawet pomimo dobrej opieki medycznej oraz uzdrowicielskich mocy Rae Starfire wciąż musiała dochodzić do siebie. Azarathka martwiła się, że rany psychiczne będą głębsze niż fizyczne, ale wydawało się, że u Kori wszystko było w porządku.
Skóra kosmitki była naznaczona licznymi siniakami, bliznami i powoli gojącymi się ranami. Raven starannie wmasowała maść w te najbardziej paskudne, aby przyśpieszyć gojenie.
- Dziękuję, że mi pomagasz - odezwała się Kori, uśmiechając się z wdzięcznością do odbicia Raven w szybie. Roth skinęła głową, nie przerywając zajęcia.
Było coś uspokajającego w tym, co robiły. Siedząc przy ciepłym świetle pojedynczych nocnych lampek, rozstawionych wszędzie gdzie się da, na pastelowych poduszkach, czuła się prawie jak na babskich wieczorach, na które dawniej zaciągała ją Starfire. Siedziały wtedy we czwórkę, razem z Terrą i Jinx w różowym pokoju Kori, w piżamach, z włosami zawiniętymi w ręczniki, z jakimś podejrzanym błotem z Tamaranu na twarzy i rozmawiały całą noc. Rachel nie bała się wtedy otworzyć, bo wszystko, co powiedziały zostawało w ścianach pokoju. To były ulubione chwile Raven, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała. A każdego, kto by tak powiedział, wysłałaby portalem na Syberię.
- Używaj tej maści raz dziennie - przypomniała Rachel, a Kori pokiwała głową.
W tym momencie drzwi rozchyliły się z cichym szumem i do środka weszli Cyborg z Nightwingiem, dyskutując o czymś. Starfire nie zwróciła na nich uwagi, zajęta obserwowaniem śniegu za oknem. Raven zwróciła ku nim twarz. Grayson gestykulował zawzięcie, a Victor sprawiał wrażenie nieco poirytowanego.
Oboje usiedli przy stole jadalnym, a Nightwing w roztargnieniu wepchnął do buzi garść przekąsek z miski. Zakrztusił się i Cyborg poklepał go po plecach.
- Co to jest? - wykrztusił, przełykając z trudem.
- Suszone płatki ryby. Tara ma jazdę na japońszczyznę - odparła beznamiętnym tonem Raven. Dick popił wszystko szklanką wody.
- Widzisz? - spojrzał na Vica, jakby to wszystko wyjaśniało. - Oto kolejny powód.
Stone w odpowiedzi przewrócił oczyma.
- Powód do czego? - zainteresowała się Starfire, obracając się twarzą do nich. Przy okazji uderzyła łokciem w policzek Raven, zostawiając na nim resztkę zielonkawej maści.
- Nightwing chce popełnić samobójstwo - wypalił Cyborg, tonem mówiącym, że to najgorszy pomysł, jaki usłyszał w całym swoim życiu. Starfire natychmiast się poderwała i podleciała do Graysona. Złapała go za poły beżowego swetra i przyciągnęła jego twarzy bardzo blisko swojej.
Zdezorientowany Dick spojrzał na Victora, na co ten się zaśmiał i rozłożył ręce.
- Star, odstaw biednego Nighta na podłogę. Mnie chodziło, że chłopak chce wyjść do miasta po zakupy. - Teraz Kori spojrzała na niego uważnie, nie rozumiejąc, dlaczego Dick miałby chcieć zrobić coś tak głupiego.
Na swoje usprawiedliwienie Richard powiedział im, że Garfield przed chwilą próbował zjeść Jedwabka.

***

Raven, wysłana po umierającego z głodu Bestię, stanęła w drzwiach jego pokoju. Dotarła tylko do progu, bo dalej nie dała rady wejść. Przywitała ją zabudowa z zapoconych podkoszulków i części bielizny, kartonów po pizzy i chińszczyźnie, a także plastikowych opakowań nieznanego pochodzenia. Tuż przy podłodze widziała wydeptany tunel, w którym mógłby się zmieścić co najwyżej jeż i Raven nie wątpiła, że właśnie w to zmieniał się Garfield, by dostać się do swojej sypialni.
- Bestia - krzyknęła do sterty śmieci. - Oddaj robala, a nikomu (poza tobą) nie stanie się krzywda!
Odpowiedział jej stłumiony okrzyk i dźwięk spadającego na podłogę ciała. Po chwili przed jej nosem wyrósł zielony gremlin, wyszczerzający kły i drapiący się po politycy w zakłopotaniu. Miał na sobie tylko luźne dresy i jedną skarpetkę, w dodatku wyglądał, jakby dopiero wrócił po wyprawie z sawanny.
Raven nawet nie mrugnęła, gdy robiła stanowczy krok do tyłu, na co Bestia zrobił urażoną minę.
- Sorka - mruknął. - Słyszałem jedynie twój matczyny okrzyk, co dokładnie to... - Rozłożył ręce.
- Nightwing ma dla ciebie specjalną misję - powiedziała bardzo powoli, ale Logan nie wyczuł ostrzegawczego tonu w jej głosie.
- Naprawdę?
- Uhm. - Złapała go za ramiona i wypchnęła w głąb korytarza, nic sobie nie robiąc z tego, że był w zasadzie półnagi. Bestię natomiast tchnęła jakaś tajemnicza energia i popędził w podskokach ku czekającej misji. Raven stała, czekając, aż zniknie za horyzontem, po czym jeszcze raz spojrzała na zabudowę. Wzdrygnęła się, widząc sos serowy na parze brudnych skarpetek, wetkniętych gdzieś z boku, po czym szybko zamknęła drzwi.

***

Garfield czuł się bardzo, ale to bardzo, rozczarowany. Nie podobała mu się ta misja specjalna. Oczyma wyobraźni widział siebie, pilotującego T-statkiem pośród burzy śnieżnej, szukając zaginionej na Bahamach blondwłosej piękności w bikini. To, co dostał zamiast, nie oddawało nawet w jednym procencie tego, co sobie wyobrażał.
Stał w kolejce do kasy, z upchanymi produktami w koszyku. W zamarzniętych i zdrętwiałych palcach trzymał zwitek papieru z listą zakupów, po które wysłał go Nightwing. Jednocześnie czuł czyjś wózek, wbijający mu się w tyłek i wcale mu się to nie podobało.
Gar nie wiedział, czym sobie zasłużył na tak okrutny los. Z markotną miną posuwał się wolno do przodu, poganiając dziewczynę przed nim, która ociągała się z wyłożeniem produktów na taśmę.
Jego wrażliwe uszy uchwyciły zamieszanie na tyłach, ale nie zwracał na nie uwagi. Pewnie znowu jacyś zakupowicze kłócili się o ten zielony sweter ze Świętym Mikołajem, który mijał między rzędami.
Nie mógł jednak zignorować tego bufona, który teraz przepychał się przez kolejkę i wpakował swój łokieć w brzuch Logana.
- Ej! Koleś, wracaj na koniec kolejki, ludzie też czekają.
Mężczyzna odwrócił się, rażąc Bestię zirytowanym spojrzeniem. Był wysoki i dobrze zbudowany, o czarnych jak noc włosach z pojedynczym białym pasmem w grzywce. Gar natychmiast zmalał. Jego instynkt podpowiadał mu, że z takimi lepiej nie zadzierać.
- Co? - warknął tamten. - Jeśli chcesz się kłócić o głupie miejsce w kolejce...
- Nie, nic - wymamrotał Bestia, wracając do wykładania towarów. Usłyszał prychnięcie i potem mężczyzna wyszedł ze sklepu, załatwiając to, czego potrzebował. Gara ciekawiło, dlaczego taki bokser kupował świąteczny sweter, ale nie zamierzał drążyć tematu.
Zakupy są stresujące. I ciężkie.
Bestia zataczał się przez parking, taszcząc trzy sporo ważące reklamówki z firmowym logo. Kusiło go, by zmienić się w silne zwierzę, ale musiał się powstrzymać przy ludziach. Nie chciał zobaczyć później na YouTube zielonego niedźwiedzia polarnego trzymającego siatki w paszczy.
Opatulił się szczelniej puchową kurtką, naciągnął maksymalnie czapkę i ruszył przez zaspy. Dlaczego nikt nie mógł do podwieźć? Co on takiego zrobił światu?
Było ciemno jak w dupie i jeszcze ten głupi śnieg wpadał mu do oczu. Bestii marzyła się ciepła herbatka. I kominek. I lukrowane pierniczki. I...
Rozmarzony wizją świątecznego nastroju nawet nie zauważył osoby przed sobą. Nagle uderzył czołem w czyjeś plecy i zanim zdążył cokolwiek zrobić, zobaczył, jak pchnięty przez niego człowiek poślizgnął się na śniegu i wypadł na jezdnię, wprost pod podjeżdżający samochód dostawczy.
Bestia krzyknął i rzucił się z wyciągniętymi rękami, chociaż nie wiedział, co to miałoby zdziałać. Człowiek wykazał się za to większym refleksem, bo natychmiast skoczył, prześlizgnął się zwinnie po masce dostawczaka i zgrabnie wylądował po drugiej stronie chodnika. Garfieldowi opadła szczęka, podczas gdy tamten otrzepał się ze śniegu, jak gdyby nigdy nic.
Kierowca zahamował gwałtownie i wyskoczył na ulicę, rozglądając się na wszystkie strony. Mężczyzna uniósł rękę, dając kierowcy do zrozumienia, że nic się nie stało. Kierowca zauważył również Bestię (Garfield zawsze uważał, że jego urok osobisty jaśnieje w mroku, ale chyba nie aż tak) i zaraz odjechał, zostawiając sprawy same sobie.
Gar podbiegł do mężczyzny, który sprawdzał, czy zawartości jego plecaka nic się nie stało.
- Koleś, jesteś ca...
Urwał tak nagle, jak zaczął. To był ten bufon ze sklepu. Matko, co za wstyd!
Mężczyzna zmierzył go spojrzeniem, którego Logan nie potrafił rozszyfrować. Potrząsnął czarną czupryną z tym dziwnym białym paskiem, która zaraz znów była przyprószona śniegiem.
- Jesteś Młodym Tytanem, huh? Nie zauważyłem wcześniej - rzucił lekko drwiącym tonem. Bestia nie wiedział, czy się z niego naśmiewa, czy to był jego zwyczajowy głos, co było bardzo możliwe.
- Właściwie to tylko Tytanem - sprostował Bestia. Nie mógł się powstrzymać. - Nie jesteśmy Młodymi, bo każdy jest już dorosły.
Każdy poza mną, poprawił się w myślach Bestia. Mężczyzna wydał z siebie ciche „huh”, jakby Bestia powiedział wyjątkowo udaną anegdotę.
- Po co ci ten sweter? - wypalił Zielony. Od tego też nie mógł się powstrzymać.
Czarnowłosy odruchowo spojrzał na swój plecak i zarzucił go na drugie ramię.
- Prezent na Gwiazdkę - odparł. Gwiazdka była kilka dni temu, ale najwyraźniej do niektórych miał dotrzeć spóźniony elf.
- Dla dziewczyny?
- Dla brata - odpowiedział, naciągając rękawice na ręce. Ciekawe, jaki musiał być ten brat, skoro nosił zielone swetry z Mikołajem w rozmiarze XL.
- Chciałbym mieć braciszka, który daje mi takie fajne prezenty - wyszczerzył się Bestia nie wiadomo po co. Głupek, to jakiś totalnie randomowy koleś z Biedry, a ty gadasz z nim o twoim prywatnym życiu.
- Nie wiem, czy trafię do niego w tej zamieci - Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby średnio go obchodziło czy w ogóle dotrze do swojej rodziny.
Garfield z powątpieniem uniósł głowę ku niebu. 
- Może chcesz przeczekać śnieżycę u nas? Jest znacznie cieplej niż na parkingu - zaproponował nieznajomemu, wierząc w swoje dobre intencje. Sam z pewnością nie chciał czekać na dworcu, nie wiedząc dokąd się udać.
Czuł, jak odmarzają mu wszystkie palce u stóp. Naprawdę marzył mu się ten kominek. Może Cybuś pozwoli mu zrobić ognisko...

***

Jeśli przestępczy półświatek robił sobie kiedykolwiek wolne, miało to miejsce teraz. Przez trwające od kilku dni zamiecie ulice miasta wyglądały niemal na wymarłe. Latarnie i światła w oknach były zapalone przez cały czas — w dzień słońce zakrywała gruba warstwa szarych chmur, a jakby tego było mało, widoczność skutecznie uniemożliwiał ciągle spadający śnieg.
Ruch ożywiał w godzinach pracy. Rano, gdy ludzie do niej wyjeżdżali i po południu, gdy wracali. Tylko nieliczny poruszali się na piechotę po regularnie odśnieżanych chodnikach.
Zapowiadali najgorszą zimę od trzydziestu lat i wszyscy, łącznie z przestępcami, pochowali się do swoich ciepłych kryjówek.
Każdy spodziewałby się, że superbohaterowie w każdej wolnej chwili wprost nie będą mogli przestać biegać, rzucać się na materace i niszczyć manekiny w morderczym szale.
Wszyscy Tytani byli niezwykle zajęci sobą. Kori siedziała oparta plecami o szybę i wycinała papierowe ludzik. Cyborg stał przy garach, usiłując wykombinować coś do jedzenia dla przymierających głodem przyjaciół (zakupy i Bestię spisał na straty).
Grayson krążył przy drzwiach w bezpiecznej odległości (mógł wyjść na korytarz, ale w salonie było cieplej) i właśnie tłumaczył swojemu szefowi z policji, dlaczego nie może jeszcze wrócić do pracy. Ten człowiek nie należał do osób przychylnych, ale Nightwing niemal widział, jak posępnie wygląda przez okno i się zgadza. Richard zaproponował, że mógłby na czas śnieżycy zadomowić się u policji w Jump City i pomysł ten spotkał się z aprobatą szefa.
Jinx z Rachel siedziały na dywanie przy stoliku kawowym i ze znudzeniem układały puzzle. Nikt nigdy nie układał puzzli, a fakt, że ktoś to robił, świadczył naprawdę źle. Zaś Tara wyłożyła się wzdłuż kanapy ze słuchawkami na uszach; wyglądała jakby spała.
Dick właśnie zakończył rozmowę. Wrócił do pozostałych, chowając telefon do kieszeni.
- Zgodził się? - zagadnął jakby od niechcenia Vic, krojąc z namaszczeniem paprykę na plasterki. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo zależało mu na odpowiedzi.
Nightwing przytaknął głową. Wskoczył na blat obok Cyborga i sięgnął po swój kubek kawy. Upił łyk, delektując się gorzkim smakiem. Czuł, jak kofeina powoli rozchodzi się po jego ciele.
- Jutro będę musiał zameldować się na głównym komisariacie tutaj, ale do tego czasu nie mam zamiaru się nigdzie ruszać - powiedział, przeciągając się.
Towarzystwo wyraźnie się ucieszyło, słysząc nowinę. Starfire klasnęła w dłonie, odłożywszy nożyczki.
- To znaczy, że pomożesz nam ubierać choinkę? - spytała. Pozostali wymienili rozbawione spojrzenia. Jaką choinkę? Niech ktoś ją tu najpierw przytarga.
- Wydawało mi się, że mieliśmy jakąś z poprzedniego roku - Cyborg zmarszczył brew.
- Nie, w tamtym roku nie mieliśmy choinki. To ta z jeszcze poprzedniejszego, pamiętasz? - przypomniała Jinx. Vic otworzył usta w niemym "ach". Wrócił do przygotowywania kanapek, porzucając temat świątecznego drzewka. Faktycznie mogli mieć rok temu ważniejsze rzeczy na głowie niż święta. Wtedy chyba był ten incydent z seryjnym Mikołajem-mordercą, co kradł biednym i zabijał bogatych. Zupełnie o tym zapomniał.
- Jest jeszcze ta mała ze schowka.
- To kurdupel, nie choinka - Jinx wydęła policzki. Oraz nie podobała jej się wizja szukania czegokolwiek w osławionym składziku, w którym według legendy kiedyś coś zdechło, nikt tego nie posprzątał i teraz duch cosia straszył odwiedzających.
Rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Starfire zerwała się z miejsca.
- Ja otworzę.
I polecała na dół, zanim ktokolwiek zdążył się zdziwić, że w ogóle mają dzwonek.
Nie śpieszyła się, bo po prawdzie chciała pobyć chwilę sama. Wykorzystała teraz okazję. Przyzwyczajona przez lata do własnego towarzystwa czuła się dziwnie przytłoczona atmosferą w wieży. Niepokoiło ją to dziwne kłucie w piersi, gdy patrzyła na zebranych w jednym miejscu przyjaciół, a w jej głowie rozbrzmiewały słowa członków Ligi Zabójców.
"Nigdy się od nas nie uwolnisz."
Pamiętała słowa młodej kobiety, która przychodziła do niej za każdym razem, gdy Kori próbowała uciekać i szeptała do jej ucha słowa zaklęcia. Kłamstwa, którymi karmiła kosmitkę przez całe trzy lata, wciąż obijały się po umyśle Tamaranki.
Stanęła w holu i otworzyła masywne drzwi wejściowe, wpuszczając do środka mroźne grudniowe powietrze. Obok niej przemknęły dwa cienie, zanim drzwi zasunęły się z łoskotem.
- Bestio, wytłumaczysz mi, kim jest twój nowy kolega? - zadała pytanie, co zabrzmiało nieco zbyt pretensjonalnie niż zamierzała.
Przed nią stały dwa sople lodu, a jednym z nich niewątpliwie był Bestia. Poznała go po tej śmiesznej różowej czapce z doszytymi kocimi uszami, w której wyszedł z domu. Za to drugiego człowieka nie znała i była pewna, że widzi go pierwszy raz na oczy.
Logan otrzepał się ze śniegu jak pies. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Nawet nie znał jego imienia. Gnali na złamanie karku do wieży i nie było czasu zapytać. Dotarło do niego, że mogło to być trochę głupie. Night ogoli mu za to głowę.
Mężczyzna wyciągnął dłoń do Kori.
- Jestem Jason, moja śliczna.
W normalnych okolicznościach Starfire oblałaby się rumieńcem, słysząc komplement, ale cos jej się nie podobało w jego imieniu, brzmieniu głosu i w tym uśmiechu, który gościł na twarzy mężczyzny.
Garfield za to się rozpromienił.
- Świetnie! Jason, Star. Star, Jason. Wszyscy się już znamy, więc czy możemy już iść na górę? Napiłbym się kakao.
Zostawili przemoknięte buty, kurtki, czapki i szaliki w przedpokoju, gdzie natychmiast zaczęła się formować kałuża. Bestia obiecał sobie, że później to posprząta.
Gdy Starfire weszła do salonu, zastała wszystkich w takich samych pozycjach, w jakich ich zostawiła. Raven i Jinx nadal udawały zainteresowanie puzzlami; Jinx z roztargnienia nawet nie zauważyła, że siedzi na kilku elementach; Rae wyglądała na podejrzanie zaspaną, jakby mogła usnąć na siedząco. Cyborg właśnie zaglądał do rozgrzanego piekarnika, a Nightwing wciąż siedział na blacie, w skupieniu pijąc czarną kawę. Zza oparcia kanapy widziała bezwładnie zwisające ręce Terry, które blondynka wyrzuciła do góry podczas snu.
Garfield ostawił siatki na blacie przy lodówce.
- Kochani! - zawołał i został kompletnie zignorowany. Odchrząknął i spróbował znowu. - Mamy gościa.
Starfire zauważyła, że mężczyzna trochę stracił z dotychczasowej pewności siebie. Nagle znalazł się w obcym otoczeniu, w otoczeniu nieznanych mu osób, które gapiły się na niego, jakby był przybyszem z innej planety. Jason poczuł się trochę urażony, bo przecież mieli tutaj prawdziwą kosmitkę oraz czarownicę z innego wymiaru.
Poprawił pasek plecaka na ramieniu.
- Wasz kumpel pozwolił mi zostać na noc, dopóki na dworze się nie uspokoi. Jestem Jason Todd.
W ciszy, która nastała po jego słowach (podejrzewał, że Tytani byli zbyt zaskoczeni, by odpowiedzieć) rozległ się wyraźny dźwięk kubka rozbijającego się o podłogę na milion kawałków.


*~*~* 

Obiecałam przed wakacjami i oto jestem. Zaczynamy ciąg dalszy! Dajcie znać, co sądzicie o nowym gościu Tytanów :3